|
KONIECZNIE ZOBACZ...
|
Absurdalna rzeczywistość bez Krzyża
Z Przemysławem Babiarzem, popularnym dziennikarzem telewizyjnym, z wykształcenia aktorem, znanym ze swojego zaangażowania w akcje będące namacalnym świadectwem wiary rozmawia Michał Bondyra
Jakiś czas temu rozmawialiśmy przy okazji Pańskiego zaangażowania w akcję „Nie wstydzę się Jezusa”. Czym dziś jest ten brak wstydu?
– Tym co zawsze, tym co przez wieki. To kwestia przyznania się przed innymi do wiary. To aspekt społeczny naszej wiary. Ona tkwi w nas, w naszym sercu, w naszym umyśle, nasza wola przekonana przez rozum mówi nam o Panu Bogu – ale nie istnieje wśród innych ludzi. Teraz nasze przyznanie się do Stwórcy rodzi niebezpieczeństwo narażenia się na szyderstwo, na obśmianie. Być może bowiem w gronie, w którym się znajdziemy, wiara będzie uchodziła za coś staroświeckiego, godnego wstydu albo mówiąc popularnym językiem – obciachowego. Wtedy pojawia się kwestia, czy jesteśmy gotowi wystawić się na to szyderstwo? Czy potrafimy obronić to, co dla nas jest najcenniejsze: wartość najwyższą – Chrystusa, Boga? Tym samym jest to test na naszą wiarę, czy też na jej obraz w oczach innych ludzi. Przed takim wyborem stajemy często.
Dzisiaj wiarę manifestuje się w rzeczach drobnych, bo to od nich zaczynamy. Sprawdzianem dla nas jest chociażby udział we Mszy św. podczas kilkudniowego wyjazdu z ludźmi, którzy nie są naszą najbliższą rodziną ani gronem przyjaciół. Czy będziemy starali się wtedy uczestniczyć w Mszy? Czy wręcz przeciwnie, nie będziemy chcieli odstawać od otoczenia, które do kościoła nie chodzi?
Drugą kwestią jest obyczajowość. Dotyczy ona choćby piątkowego postu. Czy przy możliwości wyboru nie zjemy potraw mięsnych? To jednak tzw. stan pokojowy: nikt nas nie atakuje za to, że wyznajemy zasady inne niż wszyscy, a problemem jest tylko to, czy stać nas na przełamanie, odróżnienie się od innych, na pójście pod prąd.
Inaczej jest jednak, gdy sprawa wiary postawiona jest na ostrzu noża. Dzieje się tak, gdy mamy otwarty atak na kapłanów, siostry zakonne, symbole religijne. Wtedy pytanie jest trudniejsze: czy jesteśmy w stanie stawić czoła szyderstwom, profanacji, czy pozostaniemy neutralni, bo będziemy się bali zaangażować? Jeszcze inny aspekt przyznawania się do Jezusa i wiary tkwi w przyznawaniu się do ludzi uważanych przez ogół za gorszych z racji swojej choroby, niedołężności czy ubóstwa. Pamiętajmy, że w takich osobach też mieszka Chrystus. Jednak czy my Go w nich widzimy? Czy potrafimy te osoby wziąć w obronę?
To wymaga odwagi.
– Tak. Kojarzy mi się to ze sporem o krzyż przed Pałacem Prezydenckim. Obojętnie co by nie sądzić o obecności tego krzyża z punktu widzenia politycznego, żaden socjolog, politolog, polityk czy komentator nie ma prawa pomniejszać faktu obecności i modlitwy w tym miejscu wielu osób. Ci ludzie zostali zaatakowani nie tylko słownie, ale i czynnie. W sposób karygodny byli znieważani i opluwani. Rodzi się pytanie: gdzie byli wówczas wszyscy wierzący? Nawet jeśli stosunek do krzyża i jego obrońców był z punktu widzenia politycznego zgoła odmienny, to nie lżono tam spraw politycznych, ale krzyż i osoby, które się do niego przyznały. W tym momencie ci starsi ludzie byli tymi słabszymi, tymi, w których twarzach zawierał się obraz Chrystusa i to ich należało bronić. Zastanawiam się, jak tłumaczyła to sobie hierarchia kościelna, mimo porozumienia dotyczącego przeniesienia krzyża. Przecież tam dochodziło do profanacji, a obowiązkiem wszystkich ludzi wierzących – i świeckich, i duchownych – było stanięcie w obronie tych, którzy byli poniżani. Sam zresztą mam sobie wiele do zarzucenia, bo choć napisałem co nieco w tej sprawie w internecie, to nie stanąłem wśród nich.
A w innych okolicznościach udawało się Panu dać świadectwo wiary?
– Patrząc na aspekt „pokojowy”, nie było to trudne. Szukanie kościoła w czasie wyjazdów nie sprawia dużego problemu. Póki pierwszy raz człowiek nie wyłamie się z grupy, jest skrępowany. Kolejnym razem jest łatwiej, a potem można zapytać, czy ktoś jeszcze nie chce iść z nami. Przetrenowałem to i muszę powiedzieć, że nie spotkałem się z jakimś przejawem szyderstwa, obśmiania. Jednak trzeba pamiętać, że jak człowiek sam siłuje się ze światem, to jest mu trudno, a świadomość, że Bóg stoi przy nim, wiele ułatwia. To jest kwestia przestawienia swojego sposobu myślenia, bo Bóg tak czy inaczej przy nas jest.
No właśnie, ale jak Pan wcześniej przyznał, w zasadniczych kwestiach wiary, obyczajowości tak łatwo już nie jest.
– Tak. To dotyczy kwestii ochrony życia poczętego, antykoncepcji czy nawet obecności krzyża w przestrzeni publicznej. Część ludzi wierzących przyjmuje, że miejsce krzyża jest w kościele. Dla mnie krzyż nie jest sprawą prywatną. Ludzie wierzący tworzą wspólnotę, a to już jest akt społeczny. Krzyż przecież wpływa na relacje z innymi osobami, na ich sposób życia, na jego sens, na cele, które sobie w nim stawiają. Dlatego krzyż i wiara to nie sprawa prywatna. Poza tym Chrystus wyraźnie powiedział: „Światło nie po to jest, by pod korcem stało”. Wiara nie po to jest, by ją ukrywać. Nie należy jej manifestować w nachalny sposób, ale mówić o niej wprost.
W stosunku do krzyża nie można pozostać obojętnym.
– Krzyż, jak mówiłem, jest obecny w naszym życiu. Nie ma dla niego sfery neutralnej – są jego zwolennicy albo przeciwnicy. Argument o neutralności światopoglądowej to zabieg raczej erystyczny niż opis rzeczywistości. Świat opowiadający się za świecką przestrzenią publiczną jest w gruncie rzeczy przeciw krzyżowi. Musimy sobie to uświadomić. A także to, że obecność krzyża w życiu publicznym ma rozmaite konsekwencje, dlatego że dzięki niemu możemy odwoływać się do wartości, które budują społeczeństwo, wspólnotę. Krzyż to każda sytuacja, w której mamy się wyrzec własnej wygody, podjąć trud obrony jakiejś wartości, rezygnując przy tym z własnej korzyści. Przecież bez umocowania w krzyżu taka sytuacja, jak zdecydowanie się na urodzenie kalekiego dziecka i jego wychowanie jest bezzasadna, niezrozumiała i absurdalna.
Autor: MICHAŁ BONDYRA
Źródło: Przewodnik Katolicki
Gloria Polo - nawrócona kolumbijka |
 |
Gloria Polo jest Kolumbijką, z zawodu dentystką, która wskutek wypadku
porażenia piorunem 5 maja 1995r. w Bogocie przez kilka dni znajdowała
się w stanie śpiączki. Ze względu na głębokie poparzenia i rozliczne
rany, z medycznego punktu widzenia, została spisana na straty. Jednak
podczas śpiączki doznała ona mistycznego przeżycia, które na trwałe
zmieniło jej dotychczasowe życie i podejście do wielu istotnych
kwestii. Gloria otrzymała drugą szansę, lecz zanim ją otrzymała,
stanęła przed Sądem Boskim gdzie miała okazję zweryfikować swoje życie.
Otrzymała ona szansę po to, aby dać świadectwo innym ludziom, którzy
nie potrafią uwierzyć, tak jak "stara" Gloria przed wypadkiem.
| |
Jan Budziaszek - perkusista zespołu "Skaldowie"
Historia mojego nawrócenia rozpoczęła się na
przełomie marca i kwietnia 1945 r., kiedy miałem w łonie matki około
miesiąca. Po aresztowaniu ojca przez UB matka moja została bez środków
do życia. Znajomi, a także krewni, doradzali jej, aby usunęła dziecko,
ponieważ nawet mojemu bratu – Adamowi,
który miał wtedy pięć lat, nie miała co dać jeść. Mama wzięła różaniec do ręki i…
Wielka była radość na ulicy Bonarka 5 w Krakowie,
kiedy 21 listopada 1945 roku, w Święto Ofiarowanie Najświętszej Maryi
Panny, 5,5 – kilogramowe stworzenie ujrzało świat.
W 1947 zapisano mnie do Milicji Niepokalanej (miałem
wówczas półtora roku i nikt nie pytał mnie o zgodę). Na mojej
legitymacji członkowskiej, w miejscu „Podpis ks. moderatora”, widnieje
własnoręczny podpis o. Maksymiliana Kolbe. Widocznie podpisał kilka in
blanco. Wielu spraw nie rozumiem. Dlaczego właśnie ja?
Jestem muzykiem-samoukiem. Z wykształcenia natomiast
jestem chemikiem. Gram od bardzo dawna, lecz swój pierwszy krok uważam
za spotkanie z Tomkiem. Było to w 1966 roku. Lubiłem jazz, prawie
codziennie chodziłem do jazz-klubu przy ulicy św.Marka 15 i słuchałem
Tomasza Stańki. Kiedyś Tomek przebudowywał swoją orkiestrę i
potrzebował jakiegoś „sparringpartnera”, który by mu pomagał w pracy.
Byłem w pobliżu, spróbowałem więc swoich sił i tak zostałem perkusistą.
Grałem przez pół roku ze Stańką. Później, w jakiś
dziwny sposób, zgłosił się do mnie Andrzej Zieliński i powiedział, że
szuka bębnisty. Bardzo się z tego ucieszyłem. Po paru miesiącach
edukacji dostałem się do Skaldów. Wtedy, w 1966 roku, Skaldowie byli
bardzo popularni, tzw. szpica polska. Tam odbywałem długą,
kilkunastoletnią naukę u Andrzeja, który bardzo dużo mi dał jako
nauczyciel i przywódca grupy. Marzyłem jednak cały czas, aby jeszcze
grać jazz.
W latach 1979-1987 miałem przerwę we współpracy ze
Skaldami. Grałem wtedy m. in. w zespołach takich jak: Playing Family,
której byłem także współorganizatorem, Extra Bali Jarka Śmietany,
Kwartet Janusza Muniaka, Grupa pod Budą oraz z Marylą Rodowicz. Oprócz
tego jestem „wolnym strzelcem”, tzn. grywam w praktyce ze wszystkimi.
Szukałem Boga w wielu różnych religiach, dużo
podróżowałem, spotykałem różnych ludzi. Interesowała mnie zwłaszcza
filozofia Wschodu. Może dlatego, że widziałem na Wschodzie wielki
entuzjazm religijny. W Indiach nie znam innej muzyki poza muzyką
sakralną i obrzędową. Prawie wszystko, co grają Hindusi, jest modlitwą.
Nie wiem, jak to się stało, ale w sierpniu 1984 r.
zgłosiłem w mojej parafii NMP z Lourdes w Krakowie, że mogę przenocować
u siebie w mieszkaniu kilku pielgrzymów wyruszających z pielgrzymką
krakowską do Częstochowy.
Cztery dni przed planowanym wyjściem zatelefonowano
do mnie z pytaniem, czy nie zgodziłbym się przyjąć wcześniej
siedemnastu pielgrzymów z RFN. Co miałem zrobić? Oczywiście, że
przyjąłem. Byłem w domu sam. Żona z dziećmi wyjechała na wakacje.
Przygotowywałem się do wyjazdu na Międzynarodowy Festiwal Piosenki w
Sopocie, gdzie miałem akompaniować Maryli Rodowicz. Tymczasem
pielgrzymi urządzali w moim domu mini-festiwal piosenki religijnej. Od
rana ćwiczyli polskie pieśni, tak że między innymi kilka razy dziennie
musiałem wysłuchiwać „Schwarze Madonna”.
Właśnie ta pieśń zaprowadziła mnie. Prosto z pielgrzymki wylądowałem w Operze Leśnej w Sopocie na próbach festiwalowych. I oto pojawiło się przerażenie. Co ja tu robię? Na pielgrzymce śpiewaliśmy nieczysto, nierówno,
„niezawodowo”, ale było tam „coś”, co jest najważniejsze w sztuce –
miłość do sprawy, którą się chce przekazać.
Na festiwalu zaś było wszystko „zawodowo”. W
większości przypadków piosenkarzom zależało na tym, aby się podobać i
zdobyć nagrodę. Natomiast treść schodziła jakby na drugi plan. Jeszcze,
jakby na potwierdzenie mojego odkrycia, jedna z piosenkarek (z
ościennego kraju) śpiewała swoją piosenkę, stojąc na głowie. Było to
zresztą jedyny taki przypadek w historii festiwalu sopockiego.
Podszedłem do niej w czasie jej próby, ustawiłem się w podobnej pozycji
i patrzyłem w jej zmęczone oczy. Reżyser festiwalu krzyknął:
-Panie Budziaszek, proszę nie przeszkadzać artystce!
-Chciałem się tylko dowiedzieć, o co jej chodzi – odpowiedziałem.
Ona zaś starała się mnie przekonać, że chodzi jej o
lepszy wyraz artystyczny. Chciałem stamtąd uciekać, ale byłem związany
kontraktem. Zagrałem więc z Marylą, zresztą z wielkim sukcesem, kilka
jej przebojów takich, jak: „Małgośka”, „Wsiąść do pociągu” czy „Niech
żyje bal”.
Po tej pierwszej pielgrzymce jeszcze nic nie
wskazywało, że zamienię źródło moich natchnień i alkohol, i marihuanę
na tebernakulum i różaniec.
Następnego lata (1985 r.) byłem już normalnym
pielgrzymem, idącym z plecakiem na Jasną Górę. Teraz Maryja włożyła mi
do ręki różaniec. A stało się to w ten sposób: ostatni etap pielgrzymki
to droga od murów do kaplicy Matki Bożej. Etap ten trwa nieraz dwie
godziny i dłużej. Szedłem na końcu pierwszej grupy. Druga grupa,
polsko-włoska, odmawiała różaniec. Na przemian po włosku i po polsku.
Po powrocie do Krakowa spędziłem piętnaście dni z kolejnymi tajemnicami
różańca. Od rana do wieczora zbierałem wszystkie przemyślenia i
modlitwy związane z tajemnicą dnia. Od tej pory Różaniec jest dla mnie
tą drogą, którą jedni nazywają drogą do Jezusa, a ja drogą do wolności.
Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ten, kto odmawia codziennie pięć
dziesiątków różańca, p roku nie wszedł na drogę do wolności.
ks. Józef Orchowski„TRYPTYK RÓŻAŃCOWY” ; Michalineum 2001
|
|
|