Świadectwo Kasi C., wygłoszone w czasie Niedzieli Ewangelizacyjnej - 25.09.2011 r.
Mam na imię Kasia i
mam 17 lat. Niektórzy z was znają mnie, ponieważ od dłuższego już czasu, ok 2 i
pół lat pojawiam się w tej parafii choć należę do tej na Przytorzu (par. p.w. Zesłania Ducha Świętego). Niektórzy
mogli mnie widzieć jak służyłam tu do mszy a inni mogli mnie widzieć w Zespole
PJW, bo i tam się czasem udzielałam. Ksiądz zachęcił mnie, abym dzisiaj złożyła
wobec Was świadectwo mojego nawrócenia. Trochę się tremuję, więc wszystko sobie
napisałam, żeby się nie pogubić.
Na
początku chcę zaznaczyć, że jestem dzieckiem adoptowanym, w nowej rodzinie,
ponieważ moja biologiczna matka nie zajmowała się mną i z tego co się
dowiedziałam, była alkoholiczką. Miałam bardzo wiele żalu o to do niej i wielki
problem z przebaczeniem... Moja obecna mama, która mnie wychowuje, jest bardzo
wierząca. Od kiedy pamiętam zawsze prowadzała mnie do kościoła. Sama jest
bardzo zaangażowana religijnie. A ja z czasem przestawałam to lubić. Coś się we
mnie buntowało i zaczynała mnie drażnić cała ta pobożność. Zamiast do kościoła
wolałam iść z moimi kumplami, albo w pojedynkę gdzieś na papierosa. Żeby tylko
nie do kościoła. Tak się zaczęły pierwsze uniki przed Eucharystią. Zaczęła mi
się podobać ciężka metalowa muzyka i zespoły, które ją grały. Podobał mi się
styl życia, w którym, jak się okazało, coraz mniej było Boga. Zaprzyjaźniłam
się z ludźmi, którzy oddawali cześć szatanowi i nawet brałam udział w tak
zwanych „czarnych mszach”. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pojawiły się
problemy z czystością, samoakceptacją, a potem czarne myśli ocierające się o to,
żeby odebrać sobie życie i wszelkie inne pokusy, które nawet trudno wymieniać.
Nawet nie wiem kiedy zaczęłam próbować z narkotyków. W ogóle, to nie zdawałam
sobie sprawy, w co się pakuję. Trwałam w nałogach, w grzechach ciężkich. Niby
chodziłam do kościoła, na religię w szkole, ale to wszystko było tylko po to,
aby mieć względny święty spokój, aby mama mi nie dokuczała, że nie kocham Boga.
Ale we mnie spokoju już nie było. Był raczej ciągły niepokój. Budziłam się po
nocach dręczona koszmarami, czułam, jakby mnie ktoś dusił. Często budziłam się
o 3.00 w nocy - bardzo charakterystyczna godzina, ponieważ Pan Jezus umarł na krzyżu
o 15.00 a szatan jakby przedrzeźniając tę godzinę miłosierdzia budzi swoich
wyznawców o tej godzinie w nocy. Często też widziałam postać, która mi mówiła,
że tylko do niej należę oraz że nie ma Boga. To wszystko stawało się coraz
trudniejsze do zniesienia. Czułam się ogromnie zmęczona. Zaczęłam szukać
jakiejś ulgi dla mojego stanu. Mama widziała, że ze mną coś się dzieje niedobrego,
ale tak naprawdę nie wiedziała co. Któregoś dnia zdecydowała, że udamy się po
pomoc, do ks. egzorcysty. No i zaczęło się: jeżdżenie, modlitwy i „inne cuda”.
U jednego u drugiego, trzeciego… Ale to nic nie pomagało, ponieważ tak naprawdę
to ja nie chciałam się wyrzec tego, co dotąd było moim życiem. Nie chciało mi nawet
przejść przez gardło wyznanie że: "Tak Panie, chcę należeć tylko do
Ciebie". Często natomiast miałam myśli, że należę do szatana, że jemu się
oddaję. Bałam się też, że jak pozwolę Panu Jezusowi wejść w moje życie, to
szatan się zemści na mnie w jakiś sposób. Bardzo się męczyłam najrozmaitszymi
myślami…
Aż
wreszcie dwa lata temu poznałam księdza, który postanowił mi pomóc. Często
wspierał mnie na duchu. Na samym początku było mi bardzo ciężko dostosować się
do poleceń żeby walczyć, żeby być nieustannie w łasce uświęcającej, żeby być
jak najczęściej na mszy św., żeby się modlić. To był dla mnie jakiś koszmar, no
i często odnosiłam porażki.
Przełomowy
dla mnie był moment, kiedy zdecydowałam się zniszczyć wszystkie przedmioty –
między innymi płyty i kasety z muzyką satanistyczną, filmy, jakieś talizmany,
książki o magii i mnóstwo innych rzeczy - które wiązały mnie ze złem. Wydawało
mi się kiedyś, że nigdy nie będę mogła się z tym rozstać. Zatajałam również
fakt ich posiadania przed egzorcystami. Ksiądz, który zaczął mną kierować,
uparcie dążył żebym się tego wyzbyła na zawsze. Wreszcie któregoś dnia pojechaliśmy
spalić te przedmioty, które nie pozwalały mi na zbliżenie się do Pana Boga. A ja
zaczęłam dojrzewać duchowo do tego, aby też wreszcie wyzwolić się spod wpływu
złego.
Mniej
więcej na początku tego roku ksiądz postanowił modlić się nade mną z kilkoma osobami
z tej parafii. Na początku jakoś to szło, modliłam się z nimi, ale było mi jakby
coraz trudniej. Były momenty, że kompletnie się poddawałam i zaczynałam
wszystko jakby od początku… Wiele razy mówiłam, że to bez sensu, że nigdy nie
wygram ze złym…
Podczas
mojego zniewolenia grałam wielokrotnie w zespole muzycznym w tej parafii. Niekiedy
było mi ogromnie ciężko grać na chwałę Pana. Służyłam także w Liturgicznej Służbie
Ołtarza. Oczywiście dodawało mi to wiele sił, ale szatanowi bardzo się to nie
podobało.
Byłam
także w tym roku na pielgrzymce, gdzie kosztowało mnie to również wiele walki,
ale z całych sił szłam w intencji o moje uwolnienie, którego coraz bardziej
pragnęłam. Najciężej było na Jasnej Górze, a szczególnie przed Obliczem
Cudownego Obrazu Matki Bożej. Bardzo wiele mnie to kosztowało wewnętrznego
zmagania i walki, ale też wierzyłam gorąco i pragnęłam, aby Maryja wyprosiła
dla mnie tę łaskę.
I
stało się. W pierwszą niedzielę września mama zabrała mnie do parafii Matki
Kościoła, na os. Dolnośląskim, na spotkanie z ks. egzorcystą. Pojechałam tam
motocyklem z myślą, że wrócę sobie wcześniej. Spodziewałam się raczej, że
będzie to spotkanie, gdzie ks. będzie mówił o zagrożeniach, i skutkach
zajmowania się jakimiś wróżbami, okultyzmem i tym, co może sprawić, że łatwo popaść
w zniewolenie szatańskie. Okazało się jednak, że było to spotkanie modlitewne.
Zaczęłam mieć wewnętrzne wątpliwości czy powinnam wejść do kościoła. Po długich
namysłach i wahaniach, oraz telefonie do osoby, która mnie często wspierała w
mojej wewnętrznej walce, postanowiłam wejść. Kiedy już wreszcie byłam w kościele
pozostawałam na samym końcu. Na adoracji nie mogłam uklęknąć. Przez cały ten
czas walczyłam z myślami żeby może podejść do księdza po spotkaniu, żeby się
nade mną pomodlił. W końcu z trudem, ale podeszłam. Najpierw chwilę rozmawialiśmy,
żeby wyjaśnić moje zachowanie i mój problem. Potem poprosił diakona aby z nami
się modlił. W trakcie modlitwy zawołano również ks. proboszcza. Modlitwa trwała
od ok 21.00 do ok 23.30. Nie wiele z niej pamiętam i tylko kapłani, którzy się
nade mną modlili, mogą zaświadczyć co się działo. W tym czasie Pan Jezus
ulitował się. Uwolnił mnie od 6 złych duchów. Ukazał jaki jest wielki, miłosierny
i potężny.
Późno
wróciłam do domu, ale przepełniała mnie wielka radość i pokój. To było zupełnie
coś nowego. Nie pamiętam kiedy czułam się tak jak teraz. Każdego dnia modlę się
i dziękuję za to, co się stało. Czuję się jak nowo-narodzona. Będąc niemowlęciem
nie otrzymałam miłości od moich rodzonych rodziców. Za to teraz otrzymuję dużo
miłości ze strony bliskich, prawdziwych przyjaciół, których znalazłam w tej
wspólnocie, ale przede wszystkim Pana Boga. Jezus jest obecny w moim sercu i
już nigdy się Go nie wyrzeknę! Kocham Go i pragnę całym moim sercem!
Chwała
Panu!
(z pewnych względów dokument jest chroniony, aby wyszukiwarki internetowe nie pokazywały go w wynikach. Hasło potrzebne do jego otwarcia to: Kasia)